Kazania i Homilie

1 Niedziela Adwentu (01.12.2019r.)

Jednym z najbardziej denerwujących stwierdzeń, jakie możemy usłyszeć od kogoś, jest: „A nie mówiłem?”. Ile razy to już słyszeliśmy? To nie jest tylko stwierdzenie naszych rodziców czy nauczycieli, ale pewnie wyrwało się to każdemu, kto znalazł się w sytuacji, gdy komuś coś tłumaczyliśmy, przestrzegaliśmy, zwracaliśmy uwagę, dobrze radziliśmy, a osoba ta nie posłuchała, zrobiła po swojemu i potem się okazało, że jednak mieliśmy rację. Nie jest to z pewnością określenie, które cokolwiek rozwiązuje, czy w jakikolwiek sposób pomaga wybrnąć z tej sytuacji, ale niekiedy ciężko się od tego stwierdzenia powstrzymać…

Dziś pierwsza niedziela Adwentu i już na początku tego czasu oczekiwania na przyjście Zbawiciela słyszymy w Ewangelii przestrogę, ostrzeżenie, zawarte w krótkim słowie: „Uważajcie!”. Jezus mówi: Uważajcie na siebie (Łk 21, 34). Wcześniej mówi o znakach poprzedzających Jego przyjście. Wygląda to bardzo dramatycznie i jednocześnie tajemniczo: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, (…) trwoga narodów bezradnych wobec huku morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi (Łk 21, 25-26). Nastąpi więc niezwykła zmiana w życiu człowieka i w istnieniu świata. To, co wydaje się nam być niewzruszone, jak księżyc, gwiazdy, słońce, żywioły tego świata – co jest zawsze w ustalonym porządku – nagle zostanie odmienione. Pojawi się bezradność człowieka wobec zjawisk, których nie będzie rozumiał i które będą go przerastać i przerażać. Nagle okaże się, że człowiek nie jest najważniejszy i najmądrzejszy, bo obudzi się moc świata stworzonego, który początek swojego istnienia ma w potężnym w swojej stwórczej mocy Bogu. Okaże się, że to nie człowiek panuje nad światem, ale Bóg. Dlatego Jezus powie, że jednych to przerazi, ale dla drugich będzie to znak, aby wyczekiwać na przyjście Syna Człowieczego, bo oto nadchodzi. Nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie (Łk 21, 28).

Okres Adwentu można porównać do ćwiczeń, które mają przygotować do zaskakujących sytuacji. W budynkach szkół, użyteczności publicznej, zakładach pracy przygotowuje się zawsze plan ewakuacji, szczegółowe procedury na wypadek zagrożenia, ale też i ćwiczy się to w praktyce. Gdy słyszy się określony sygnał, każdy powinien wiedzieć, co ma robić, aby bezpiecznie opuścić budynek, aby nie narazić siebie i innych na zagrożenie i wyjść cało z nieprzewidzianej sytuacji. Zwykle wszystko ładnie wygląda, gdy jest spokojnie, ale nawet wtedy nie wolno zapominać, że może przyjść czas, gdy ten przygotowany plan trzeba wcielić w życie i nie może on zawieść. Trzeba wiedzieć, jak się wtedy zachować.

Adwent ma swój plan. Oczekiwanie na spotkanie z Bogiem też. Jezus powie: czuwajcie i módlcie się (Łk 21, 36). Plan niezwykle prosty, ale spróbujmy chwilę się mu przyjrzeć.

Co to znaczy czuwać? W biblijnym rozumieniu często odwoływano się do straży. Czuwać, to znaczy: nie zasnąć, nie przespać. Zaśnięcie tego, który strzeże, było równoznaczne z narażeniem innych na niebezpieczeństwo. Ten, kto nie spał i czuwał, pozwalał spokojnie spać innym. To czuwanie miało więc za zadanie wzięcie odpowiedzialności. Jeżeli Jezus powie: „czuwaj”, to znaczy: weź odpowiedzialność za swoje życie, zwłaszcza duchowe, moralne. Każdy z nas w postawie czuwania ma wyrażać pragnienie, by przeżyć życie dobrze i tak, aby wyjść z niego zwycięsko. „Czuwanie” – oznacza też gotowość do działania. Można od razu zareagować, gdy nadchodzi niebezpieczeństwo. Być pierwszym do obrony przed nieprzyjacielem. Jeżeli Jezus powie: „czuwaj” – to znaczy, że trzeba mieć świadomość, że w życiu czekają na nas różne pułapki i niejeden wróg będzie chciał nas zdobyć. Ten, kto czuwa, wie, że od szybkości reakcji zależy, czy uda się zwyciężyć. Nie dać się zaskoczyć – to jedna z ważniejszych reakcji na zło. Wreszcie: „czuwać” oznacza postawę, w której nic nie ujdzie naszej uwadze. Widzimy to, co się dzieje, nie lekceważymy najmniejszych oznak zła. Widzimy także to, co normalnie może nam na co dzień umyka. Bo ten, kto jest czujny, ma wyostrzony wzrok, widzi więcej i więcej rozumie.

Co to znaczy „czuwać” w życiu duchowym? Przede wszystkim być świadomym niebezpieczeństw. Jezus powie: uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych (Łk 21, 34). To nie jest tak, że wszystko jest dobre i bezpieczne. Wielu się o tym przekonuje, gdy chce „tylko raz” czegoś spróbować, albo gdy mówi: „to nic takiego”, „inni też tak robią”. Jak często staje się to pierwszym krokiem do uzależnienia, do pokręcenia sobie życia. Trzeba być bardzo ostrożnym, zanim powiemy: „nie ma w tym nic złego”. Zło przybiera nieraz maskę dobra, grzech przybiera maskę atrakcyjności, pokusa zawsze jest zachęcająca. Ten, kto czuwa, nie da się zwieść. A nie da się zwieść dlatego, że zna zasady: strażnik nie może zejść z posterunku, żołnierz nie może opuścić warty. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że wierność Bogu i Jego przykazaniom zawsze nas ustrzeże od złej drogi i pozwoli odpowiedzialnie przeżyć życie. Ta postawa rodzi się z posłuszeństwa: słuchajmy Tego, który zawsze ma rację.

W życiu duchowym czuwać, to także dostrzegać dobro. To mieć otwarte oczy i uszy, a przede wszystkim serce na to, co można ofiarować innym. Czasem mija cały dzień i nic dobrego nie zrobiliśmy, a było tak wiele okazji: spotkaliśmy wielu ludzi, którym możne było powiedzieć choć dobre słowo, były obowiązki, które mogliśmy wypełnić solidnie i z radością, może spotkaliśmy kogoś w potrzebie, albo o taką pomoc zostaliśmy poproszeni. Jeżeli nie czuwamy, to takie chwile, w których można uczynić coś dobrego, mijają bezpowrotnie. Nie można patrzyć tylko na siebie i na swoje potrzeby. Trzeba zobaczyć to, co wokół nas jest wezwaniem do zapomnienia o sobie i otwarcia się na innych. Bo Jezus powie: uważajcie na SIEBIE… Często okazuje się, że to my sami jesteśmy tymi, którzy nie czuwają, dają się porwać w ten świat i nic nie daje zrzucenie winy na okoliczności, na namawiających do złego kolegów, ani na lepsze czy gorsze samopoczucie. Każdy z nas ma uważać na SIEBIE.

Jednak najlepszy rodzaj czuwania dokonuje się na modlitwie. Czuwajcie i módlcie się (Łk 21, 36). Jeżeli chcemy prawdziwie i odpowiedzialnie czuwać, to trzeba to powiązać z modlitwą. Ale też i modlitwa, czy nie jest właśnie czuwaniem przed Bogiem? Czy nie jest trwaniem sercem przy Bogu? Czy nie jest otwarciem się na dobro? Modlitwa – to najlepszy sposób, aby czuwać naprawdę. Modlitwa jest zawsze słuchaniem Boga, który jest Prawdą i Miłością. Modlitwa jest czuwaniem, a czuwanie z Bogiem jest modlitwą. W tym odnajdujmy adwentową postawę, która nas doprowadzi do spotkania z Chrystusem.

Żeby być dobrze przygotowanym na różne sytuacje w życiu, trzeba nauczyć się planować. Jakby wyglądała szkoła, gdyby nie było planu lekcji, jak wyglądałyby nasze dworce autobusowe, gdyby nie było rozkładu jazdy? Plany są potrzebne i bardzo pomagają nam w tym, co każdego dnia trzeba zrobić. Plan dnia jest również okazją do tego, by ćwiczyć swoją wolę i sprawdzić, czy potrafimy czuwać.

Postawmy sobie na koniec pytanie: co szczególnego umieścilibyśmy w swoim adwentowym planie dnia? Może stałą godzinę odrabiania zadań domowych? Może trzeba napisać, o której godzinie klękniemy do wspólnej wieczornej modlitwy? A może trzeba zaplanować stały czas na przeczytanie fragmentu Pisma Świętego? Może trzeba tam umieścić godzinę adwentowych rorat? Bądźmy przygotowani, a nie zalęknieni przyjściem Zbawiciela. Święty Paweł zachęca nas dzisiaj: stawajcie się coraz doskonalszymi! (1 Tes, 4, 1). Przeżyjmy tegoroczny Adwent świadomie, wiedząc, co się dzieje wokół nas i w naszym sercu. Nie pozwólmy, by codzienne troski wyrwały nas z odpowiedzialności przed Bogiem za swoje życie.

30 Niedziela zwykła rok C (27.10.2019r.)

Zzastanówmy się dzisiaj nad naszą modlitwą. Jaka ona jest? Czy jest pokorną i pełną zaufania Bogu, jak tego celnika z dzisiejszej Ewangelii, czy może, nie daj Boże, pełna pychy i zarozumiałości, jak tego nieszczęsnego faryzeusza? W tej przypowieści uczy nas Pan Jezus jak mamy się modlić. Mamy się modlić, jak ten celnik, który nie śmiał nawet oczu wznieść do góry, tylko powtarzał: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu”, bo wierzył, że Bóg wszystko wie. Wie, czego nam potrzeba, zanim o to poprosimy. Wie, że jesteśmy słabi i grzeszni i dlatego, jak ten celnik, najpierw powtarzajmy „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu”.

Ileż to już razy przy spowiedzi powtarzaliśmy te słowa celnika z dzisiejszej Ewangelii. Ale czy tak naprawdę szczerze i z głęboką pokorą? Czy nie tylko przy spowiedzi, ale i codziennie, zwłaszcza w wieczornym rachunku sumienia, lub wtedy, kiedy pobłądziliśmy, zgrzeszyliśmy, powtarzamy: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu”?

Przyszliśmy do naszego kościoła na mszę św.. Pamiętajmy, że zawsze przychodzi nas dwóch: pobożny faryzeusz i pogardzany celnik. Zapytajmy się więc samych siebie: którym z nich jestem ja? Pewnie powiemy: nie wiem. Nawet chwalić się nie umiem, że poszczę raz w tygodniu, że daję jałmużnę, że nie jestem zdziercą, oszustem, cudzołożnikiem. Ale też nie stać mnie na jedno westchnienie: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu. Więc, Panie, naucz nas modlić się. Modlić się jak dziecko z ufnością, jak nasi ojcowie z wiarą, jak św. Augustyn i tylu innych świętych z miłością.

Mamy modlić się jak dziecko. Wróćmy pamięcią do tych naszych szczęśliwych dni dziecięcej modlitwy. Powróćmy do tych modlitw wspólnych z rodzicami w naszych domach i kościołach, kiedy wtuleni w ramiona matki czy ojca z taką ufnością powtarzaliśmy słowa modlitwy. Kiedy wychodząc z domu do szkoły, czy wracając z niej, chwaliliśmy Boga słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” i pełni ufności w pomoc Bożą czuliśmy się spokojni i bezpieczni.

Obecnie tak wiele się zmieniło. Przyszły różne problemy, sprawy i nie mamy czasu na modlitwę, pozdrowienie chrześcijańskie. Coś się stało z naszą wiarą, naszą miłością i ufnością. Mówimy, że nie umiemy się modlić, a czy zaczęliśmy się uczyć modlitwy?

Wyrośliśmy, ale czy została nam, choć jedyna za Bogiem tęsknota? Przecież dziś są te same kwiaty i drzewa, góry i lasy, jak kiedyś w dzieciństwie. Popatrzmy na te dzieła Boże z wielką pokorą, ufnością i wdzięcznością i jak Jan Kasprowicz pomódlmy się słowami: „Ta sama licha drzewina, nie trzeba dębów tysięcy, z szeptem się ku mnie przegina – jest Bóg – i czegóż mi więcej?”

Mamy się modlić z wiarą, jak nasi ojcowie. Ach, te nasze mamy i ojcowie, nasze babcie i dziadkowie. Jaka w nich była wiara. A życie wcale wtedy nie było łatwiejsze. Wojenne tragedie i dramaty, powojenna bieda, nie osłabiły ich wiary. Bo się modlili. Modlili się z wiarą, a Bóg przychodził im z pomocą.

Jest taka parafia w Polsce, gdzie w czasie II wojny światowej nikt nie zginął, wszyscy ci, którzy poszli na wojnę, powrócili z niej cali i zdrowi, nie wkroczył tam ani jeden żołnierz niemiecki, ani nie było tam żadnych innych nieszczęść i tragedii związanych z wojną. Pomyślicie, że to niemożliwe, ale tak było naprawdę. Parafia ta nazywała się Garnek, około 70 km od Warszawy. W r. 1939 liczyła 7 tysięcy mieszkańców. Dnia 1 września 1939 r. a był to pierwszy piątek miesiąca, na Mszy św., tamtejszy ks. proboszcz, bardzo pobożny, powiedział do ludzi takie słowa: „Dziś Niemcy, pod wodzą Hitlera zaatakowały Polskę. Hitler, to człowiek opętany przez szatana. Hitler wyrządzi straszliwe zło Polsce i całej Europie. Zginą miliony ludzi. Europa ulegnie wielkiemu zniszczeniu. Czy jest jakiś ratunek? Tak, jest ratunek! Tym ratunkiem jest Różaniec przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem. Od dzisiaj, do końca wojny, (nie wiemy ile będzie trwać ta wojna), każdego dnia w naszym kościele będzie odmawiany Różaniec przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Zapraszam was każdego dnia na to nabożeństwo.” Wojna trwała 6 lat. Różaniec w kościele także trwał 6 lat (1939-45). Proboszcz podał ludziom godziny nabożeństwa i ludzie na nie przychodzili. Początkowo mniej, a potem coraz więcej, tak, że pod koniec wojny ludzie nie mieścili się w kościele na tym nabożeństwie. Codziennie odmawiali jedną cząstkę Różańca, a po różańcu proboszcz udzielał im błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. Oto potęga modlitwy różańcowej, przez którą Matka Boża wzięła w swoją szczególną opiekę tę parafię w miejscowości Garnek.

Mamy się modlić z miłością. Nie umiemy się modlić, bo nie umiemy kochać. Pogubiły się nasze serca. Zagubiliśmy nasze największe wartości, bo świat oferuje nam bylejakość i pseudo-wartości, a my, zaślepieni, uwierzyliśmy im. A tymczasem przypomina nam św. Augustyn: „Niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”. Dopóki źle kochać będziemy, serce nasze będzie niespokojne. Dopóki nie oddamy w naszym życiu i domu pierwszego miejsca Panu Jezusowi, wszystko będzie nie na swoim miejscu. W życiu naszym będzie nieustanny zamęt i bałagan. Zagubiliśmy się w tym świecie, który nie ma czasu na modlitwę. Tymczasem, gdy przestaniemy się modlić, będziemy uciekać i chować się przed Bogiem i zdziczejemy. Gdy przestaniemy się modlić – będziemy zabijać brata i jak Kain błąkać się po pustyni naszego życia.

Módlmy się z miłością do Pana, jak tylu świętych, jak św. Siostra Faustyna, czy św. Jan Paweł II, o umocnienie naszej wiary, nadziei i miłości dla nas i całego świata. Jak ten celnik, nie śmiejmy oczu podnosić do góry, ale z wielką pokorą, bijąc się w piersi, powtarzajmy: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu! Amen

29 Niedziela zwykła rok C (20.10.2019r.)

Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii mówi nam, jak ważna w naszym życiu jest wytrwała modlitwa, jak ważne jest niezniechęcanie się.

Dzisiaj człowiek nie umie i nie lubi prosić. Dzisiaj wszystko chciałoby się mieć od razu, najlepiej bez trudu i bez wysiłku. Tymczasem być wytrwałym w modlitwie, do czego zachęca nas dzisiaj Pan Jezus, to ufać kolejny raz w życiu, choć po ludzku wydaje się to być bez sensu. My bardzo często widzimy to, czego nie otrzymaliśmy, natomiast zupełnie nie widzimy tego, co dzięki modlitwie otrzymaliśmy. Niekiedy bardzo trudno jest zauważyć, jak wieloma łaskami codziennie obdarza nas Pan Bóg. Ktoś powiedział: „Każdego dnia ocieramy się o cuda, tylko ich nie zauważamy”. Bo cudem i wysłuchaną modlitwą są ci, których kochamy, którzy sprawiają, że mamy po co żyć. Cudem i wysłuchaną modlitwą są ci, którzy sprawiają, że chce się wracać do domu. Nieraz warto przypomnieć sobie, ile w naszym życiu było dni wypełnionych gorącą prośbą o cud, by ktoś bliski wrócił do zdrowia, by ktoś się zmienił. Zwróćmy uwagę, że otrzymując – szybko zapominamy, ileśmy dostali…

To prawda, że nie każda nasza prośba została wysłuchana, ale trzeba umieć każdego dnia dostrzegać wysłuchane modlitwy: i te wielkie, i te całkiem drobne. Wytrwałości i cierpliwości w modlitwie prośby, uczy nas dzisiaj Pan Jezus, bo nawet wtedy, gdy mamy poczucie niewysłuchania, Pan Bóg ma swoje drogi i sposoby, by nas czymś wielkim obdarować.

Na ścianie Instytutu Rehabilitacyjnego w Nowym Jorku ktoś, kto doświadczył, że nawet modlitwa – wydawałoby się niewysłuchana  – jest dla nas owocna, napisał takie słowa:

Prosiłem Cię o moc do osiągniecia powodzenia, a uczyniłeś mnie słabym, abym był pokorny.      Prosiłem o zdrowie dla dokonania wielkich czynów, a dałeś mi kalectwo, ażebym robił rzeczy lepsze.

Prosiłem o bogactwo, abym mógł być szczęśliwy, a dałeś mi ubóstwo, abym rozumiał innych.

Prosiłem o władzę, żeby mnie ludzie cenili, a dałeś mi niemoc, abym potrzebował Ciebie, kochającego Ojca.

Prosiłem Cię o radość, a dałeś mi takie życie, abym mógł się cieszyć każdym przeżytym dniem.   Niczego nie otrzymałem, o co prosiłem, ale dostałem wszystko to, czego naprawdę potrzebowałem… Prawie na przekór sobie wszystkie moje modlitwy te nie sformułowane, Ty Boże wysłuchałeś…

Panu Bogu nie jest obojętna żadna modlitwa płynąca z głębi serca. Oby w chwilach zwątpienia i zniechęcenia były dla nas nadzieją słowa samego Pana Jezusa z dzisiejszej Ewangelii, że „Bóg weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego i nie będzie zwlekał w ich sprawie”. Amen.

 

 

28 Niedziela zwykła rok C (13.10.2019r.)

Jeden z dziesięciu. Tak, tylko 10%. Wyłącznie tylu przyszło podziękować Panu Jezusowi. Podświadomie zapewne buntujemy się, słysząc tak małą liczbę – O niewdzięcznicy! – myślimy. Czemu nie przyszli podziękować? Tak wiele Jezusowi zawdzięczali! On ich uzdrowił. Dał im wielki dar. Ja bym przyszedł – zapewniamy siebie w myślach. Ale oni nie przyszli. Dlaczego?

Nie przyszli, bo uzdrowieni nie potrzebowali Jezusa. Nie był On im już potrzebny. Byli zdrowi i przekonani, że świat stoi przed nimi otworem. Liczyli, że z życia mogą teraz czerpać, ile się da! Z ich serc zapewne wydobywało się Horacjańskie – Carpe diem! Uzdrowieni pozostawili za sobą mroczną i bolesną przeszłość. Teraz byli wolni od ciężaru choroby i patrzyli z optymizmem naprzód, na życie, które przed nimi – byli jako bogowie!

Moi drodzy, mimo naszych ratujących samoświadomość osobistych zapewnień, my sami zachowujemy się jak ci niewdzięczni bohaterowie z dzisiejszej Ewangelii. Zobaczmy, ileż to spraw w naszym życiu traktujemy, jakby nam się one należały! Często niemal wszystko, co mamy, kim jesteśmy, uważamy za oczywiste i trwale przynależne do nas: życie, zdrowie, rodzinę, przyjaciół, ale także wiarę, chrzest, czy inne sakramenty. Nie dostrzegamy tych i innych elementów naszego życia jako prawdziwych i niezasłużonych przez nas darów od Boga. W gruncie rzeczy więc w taki sam sposób traktujemy Boga, jak owi niewdzięcznicy – nie dostrzegamy Bożych darów i przez to lekceważymy Darczyńcę. Zaślepieni i zamknięci w swoim świecie, łudząc się i mamiąc mirażem samowystarczalności, może powtarzamy nieco za bohaterem wiersza Czesława Miłosza pt. Dar – Nie ma na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć. Nie znam nikogo, komu warto byłoby zazdrościć. Jestem pełnią!

A przecież powinniśmy zachowywać się inaczej. Wdzięczność powinna być naszą naturalną postawą. Wdzięczność za wszystko, a szczególnie za innych ludzi. Tak jak to pięknie wyraził św. Jan Paweł II w przemówieniu do rektorów wyższych uczelni w Polsce w Toruniu, dnia 7 czerwca 1999 r. – „Trzeba pamiętać o potrzebie nieustannej wdzięczności za ten dar, jakim dla człowieka jest drugi człowiek…”. A my, moi drodzy, kiedy za bliźniego spotkanego na życiowej drodze lub za inne sprawy umieliśmy podziękować Bogu i być Mu wdzięczni?

Papież Franciszek w jednej z homilii powiedział: „Jakże ważna jest umiejętność dziękczynienia, wielbienia Pana za wszystko, co dla nas czyni!”. I zapraszał nas do rachunku sumienia – „Możemy zatem zadać sobie pytanie: czy umiemy powiedzieć ‘dziękuję’? Jak często mówimy ‘dziękuję’ w rodzinie, we wspólnocie, w Kościele? Ile razy dziękujemy tym, którzy nam pomagają, którzy są blisko nas, którzy towarzyszą nam w życiu?”.

Tak, moi drodzy, całkiem łatwo jest pójść do Boga z prośbą o coś – czynimy, często i chętnie, ale już nie jest nam po drodze, gdy trzeba wrócić do Boga, aby Mu podziękować. Katechizm Kościoła katolickiego wzywa nas i poucza, abyśmy żyli w dziękczynieniu: „Jeśli Bóg jest Jedyny, to wszystko, czym jesteśmy i co posiadamy, pochodzi od Niego” i podaje jednoznaczne w wymowie cytaty z Pisma Świętego: „Cóż masz, czego byś nie otrzymał?” (1 Kor 4, 7) oraz „Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył?” (Ps 116, 12)”.

Mamy być wdzięczni wobec Boga, ale także umiejmy z wdzięcznością zwrócić się do ludzi – do tych nam bliskich i do tych dalszych. Podziękujmy za ich słowa, czyny, gesty, a nawet za uśmiech.

Tak, to prawda, że nieraz nie czujemy wdzięczności od ludzi. Ale czyż nie miała racji Zofia Kossak, która pisała: „Trudno od ludzi wymagać wdzięczności, skoro wszyscy tacy jesteśmy niewdzięczni wobec Pana Boga. Ciągle utyskujemy, że nas nie dość obdarza, jakby się to nam należało”. Wdzięczność wobec Boga i wdzięczność wobec ludzi są jakby sprzężone, powiązane ze sobą.

Miejmy, bracia i siostry, oczy szeroko otwarte i serce pełne wdzięczności wobec Boga i bliźnich i pamiętajmy, że nie ma szlachetniejszej przesady niż przesada wdzięczności. Amen.

 

27 Niedziela zwykła rok C (06.10.2019r.)

Moi drodzy, to może wydawać się zaskakujące, że apostołowie prosili Jezusa o wiarę. Przecież już wierzyli – rzucili wszystko, czym żyli do tej pory. Wyszli ze swojego poukładanego i stabilnego świata – rodzin, przyjaciół, znajomych oraz łodzi rybackich, pól, winnic – i poszli za swoim Mistrzem w nieznane. Swoimi nowymi poglądami religijnymi i zachowaniem narażali się na gniew Żydów i na lekceważenie ze strony pogan. Bez wątpienia do podjęcia takiego życiowego ryzyka i na takie poświęcenie mogła ich przygotować tylko wiara. Bez wiary pozostaliby na swoim miejscu, czyli tam, gdzie to tej pory żyli – i byliby bezpieczni, żyliby cicho i spokojnie. Zapewne dożyliby później starości, a tak, poza św. Janem, wszyscy ponieśli śmierć męczeńską za Jezusa w imię wiary, którą mieli w sercach.

Dlaczego więc apostołowie proszą o wiarę? Przecież wierzyli i to mocno wierzyli. Po co więc prosili?

Apostołowie prosili o wiarę, bo rozumieli, że wiara to fundament życia. Wiara to jest jakby kręgosłup, na którym wszystko się opiera, i w którym ma zakotwiczenie. Apostołowie mieli świadomość, że od wiary zaczyna się wszystko, co w życiu piękne, dobre, wartościowe i wieczne. Oni rozumieli, że każda myśl i każdy czyn powinien być przeniknięty wiarą i przez wiarę ukształtowany. Wiara bowiem to – jak pięknie napisał mądry papież Benedykt XVI w Liście Porta fidei – decyzja, aby iść za Jezusem Chrystusem, i aby z Nim żyć. Decyzja, która zmienia wszystko, bo przewartościowuje wszystko.

I my, moi drodzy, tak jak apostołowie, mamy wiarę. Wierzymy. Z wiarą przychodzimy do kościoła, z wiarą słuchamy słowa Bożego, z wiarą przyjmujemy sakramenty święte. Wiara nas tu przecież zgromadziła.

Co więcej, żyjemy z Bogiem we wierze, to znaczy ufamy, że jest On z nami w każdej chwili życia. Czujemy Jego obecność, gdy udziela nam natchnień. Widzimy w naszym życiu działanie jego Opatrzności, która nas prowadzi. Tak, wiara daje nam pewność, że żyjemy z Nim, że On jest z nami i nie pozostawia nas w żadnym naszym utrapieniu, lecz nas pociesza. Tak, we wierze od samego Boga doznajemy pociechy (2 Kor 1, 4).

Ale… niekiedy jest inaczej. Doświadczenia życiowe powodują rozchwianie naszej wiary. Ona jakby słabnie. Czujemy jakby Bóg znikał nam z oczu i uciekał z naszego życia. Jakby Go nie było przy nas lub jakby był obojętny wobec naszego losu – Bóg jako „Wielki nieobecny” lub „Całkowicie niedostępny”. Już nie Bóg bliski – Emmanuel, ale jakiś odległy zimny Absolut. W takich momentach próby nasza wiara się chwieje, zanika, staje się nic nieznaczącym dodatkiem zamkniętym w formę zbędnych codziennych rytuałów, takich jak modlitwa, i pustych kościelnych tradycji jak Msza Święta. Co wówczas z nami, gdy wiara słabnie?

Jeden z teologów przekonywał, że odrzucenie w takich chwilach wiary w Boga to właściwie kwestionowanie istnienia Boga lub Jego miłości do nas. Takie zachowania jego zdaniem wynikają po prostu z naszej zbytniej niecierpliwości wobec Boga. Pisał on, że trzeba człowiekowi przecierpieć różne formy nieobecności Boga i być dla Niego cierpliwym. On nas po prostu poddaje próbie. Jesteśmy próbowani. Wszyscy. Bóg każdego bardziej lub mniej próbuje. Próbuje jego wiarę.

Także wiarę Maryi Bóg wypróbowywał. Tak. Zobaczcie. Ileż Ona miała w życiu kłopotów, trudności i boleści? A ich źródłem był – tu zdziwienie – Jezus! To wszystko, co bolesne w życiu Maryi, wiązało się z Jej Synem. Znamy siedem boleści Maryi. To były dla Matki Najświętszej wielkie próby. Proroctwo Symeona – zabiją Ci Syna! Ucieczka do Egiptu – chcą zabić mi Dziecko! Zgubienie Jezusa – gdzie jesteś, Synu? Spotkanie na Drodze Krzyżowej – po co Ci to, Synu, taki okrutny los? I dalej: ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie z krzyża, złożenie do grobu. Pan Bóg nawet wiarę i ufność Maryi poddawał próbie. Ale Ona była cierpliwie wierząca – podtrzymywała swoje Fiat.

Bracia i siostry, w naszym życiu też są chwile trudne, bolesne – gdy cierpimy, gdy los nas miażdży, gdy gaśnie nadzieja i wydaje nam się, że jesteśmy absolutnie sami, bo nawet Bóg nas opuścił i jedynie śmierć może nas z tej samotności wyleczyć. Tak, są takie chwile w życiu człowieka. Nie na darmo ziemia to padół smutku i łez.

Jednak, gdy i w takich chwilach bezgranicznej samotności i niepokonalnego bólu będziemy mieli silną wiarę w to, że jest Bóg i jest On przy nas i na niej oprzemy naszą egzystencję; to znaczy, jeżeli fundament naszego życia będzie stabilny i mocny, to wówczas będziemy umieli szczerze powtórzyć za psalmistą – „Idę przez ciemną dolinę, lecz zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (por. Ps 23, 4). Do tego, aby wypowiedzieć to zdanie z pełną świadomością zawsze, w każdej próbie życia, potrzebujemy właśnie silnej wiary.

Moi mili, nie, nie lękajmy się, że może ta nasza wiara jest za słaba, zbyt krucha na czas życiowej próby, lecz po prostu wołajmy za apostołami: „Panie, przymnóż nam wiary!” (Łk 17, 5). Jest to prośba, którą także i my mamy codziennie kierować do Boga. Amen.

Niedziela Wniebowstąpienia Pańskiego C (2.06.2019r.)

Trzydzieści jeden lat temu odbyła się premiera amerykańskiego filmu pt: „Podążaj w stronę światła”. Fabuła oparta jest na autentycznych faktach i przedstawia dramat rodziny, której ośmioletni syn został zarażony w niewyjaśnionych okolicznościach wirusem HIV. Dziecku pozostaje rok życia i jest to zarazem najcięższy rok dla jego rodziców, którzy chcą w tym czasie sprawić, by chłopiec był szczęśliwy. Z biegiem miesięcy, wraz z pogarszającym się zdrowiem dziecka, jest coraz więcej łez i ciężkich chwil dla całej rodziny. Jest w tym filmie taka scena, kiedy chłopiec już bardzo chory pyta mamę, jak to będzie, gdy zacznie umierać. I wtedy ta biedna zrozpaczona matka tłumaczy mu, że kiedy będzie umierał, wtedy zobaczy cudowne, wspaniałe światło. I dalej z wielkim trudem, ale konsekwentnie uspokaja swoje dziecko i przekonuje, aby się wtedy nie bał, żeby spokojnie opuścił rodziców i żeby podążał w stronę tego światła, bo tam będzie czekał na niego Bóg i tam będzie mu dobrze…

Dzisiaj wspominamy tę chwilę, kiedy Pan Jezus podążył w stronę tego światła, którym jest niebo. Dzisiaj sami wpatrujemy się w niebo, bo przecież ono jest celem naszej wędrówki przez życie. Czy dzisiaj niebo nas zachwyca, czy dzisiaj niebo nas pociąga? Czy dziś człowiek w ogóle myśli o niebie? Żyjemy tak, jakby cała wieczność miała się zamknąć tutaj na ziemi; żyjemy tak, jakby Boga nie było. Człowiek dzisiaj wykluczył ze swojego słownika pojęcie bojaźni Bożej. A konsekwencją tego jest brak życia dla nieba, brak strachu przed utratą nieba i brak strachu przed piekłem, które jest zaprzeczeniem nieba.

Niesamowite jest świadectwo Leszka Dokowicza – polskiego reżysera, scenarzysty i operatora filmowego, który przez wiele lat był zaangażowany w scenę muzyki techno. Jako operator kamery miał dokumentować największe imprezy tego typu na świecie. Leszek Dokowicz tak opisuje doświadczenie Zła, Szatana i swoje nawrócenie, które dokonało się podczas jednego z koncertów: Różne myśli zaczęły przychodzić mi do głowy. Myślałem o tym, że teraz wszystko stoi przede mną otworem, że mogę zrobić, co chcę, pracować przy dowolnym projekcie, wybierać ludzi, z którymi chcę pracować, a pieniądze nie grają roli. Potem pomyślałem, że, aby to wszystko zrealizować, muszę zostawić żonę i dziecko, bo tam, dokąd idę, nie mogą pójść ze mną. Później przeżyłem coś, co dziś nazywam uprzedzającą łaską, którą Bóg mi dał. Wyraźnie doświadczyłem tego, że na końcu wszystkiego czeka mnie wieczne potępienie. Przeżyłem uczucie wpadania duszy w ciemność, w potężny, straszliwie beznadziejny, okropny w odczuciu lot. Wtedy, nie wiedząc w zasadzie, co robię, jak człowiek mający pistolet przy skroni, jak tonący w fali rozhukanej muzyki i świateł, gdzie wszystko było na najwyższym poziomie energetycznym, upadłem na kolana i zacząłem wołać: Ojcze nasz. Gdy wypowiedziałem pierwsze słowa modlitwy, zobaczyłem białą postać Michała Archanioła z mieczem w ręku. Zadał mi trzy pytania: Czy wierzysz w Boga? Czy zaprzeczasz szatanowi? i Czy chcesz z nim walczyć? Na wszystkie odpowiedziałem „tak”. Wtedy kazał mi wstać i iść w stronę światła…

Dzisiaj człowiek zapomina o niebie i nie boi się utraty nieba. A przecież utrata nieba jest utratą Boga i zbawienia. Utrata nieba jest utratą szczęścia. Utrata nieba jest wiecznym nieszczęściem, jest piekłem. Pan Jezus wstępujący dzisiaj w niebo mówi nam, żebyśmy tak żyli na tym świecie, wśród dóbr proponowanych przez świat, żeby nie utracić nieba i wiecznego szczęścia. Wszyscy czujemy, jak bardzo to jest trudne. Bo łatwo jest uwierzyć, że tylko to, co na ziemi, liczy się do szczęścia. Bardzo łatwo jest dać się schwycić w sidła szatanowi, który wielu ludziom wmówił, że piekło nie istnieje. A konsekwencją tego jest życie pozbawione wszelkich hamulców moralnych, życie, które w praktyce jest oddaniem siebie Szatanowi. Można żyć tak, jakby Boga nie było, można z Bogiem i z ludźmi zupełnie się w życiu nie liczyć, można podeptać i odrzucić wszystkie przykazania. Można nie myśleć o niebie. Można… Ale konsekwencją tego jest to, czego doświadczył i o co otarł się przywołany scenarzysta filmowy Leszek Dokowicz, który powiedział: „Wyraźnie doświadczyłem tego, że na końcu wszystkiego czeka mnie wieczne potępienie”.

Pan Bóg przygotował dla nas niebo. Celem naszego życia jest wieczne szczęście, które przygotował nam Bóg. Szczęście, o którym Biblia mówi, że „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie pojmie, jakie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują…”. Wpatrując się dzisiaj w niebo, do którego wstępuje Pan Jezus, prośmy o wiarę i o mądrość, byśmy życia nie zmarnowali, ale byśmy kiedyś podążyli w stronę Światła, tego Światła, którym jest Bóg i niebo dla nas przygotowane…Amen.

3. Niedziela Wielkiego Postu C (24.03.2019r.)

Dzisiejsze pierwsze czytanie i Ewangelię łączy posmak sensacji. Najpierw to Mojżesz, który zaintrygowany sensacyjnym zjawiskiem na pustyni mówi sam do siebie: Podejdę, żeby się przyjrzeć temu niezwykłemu zjawisku. Dlaczego krzew się nie spala? (Wj 3, 3). Potem w Ewangelii przynoszą Jezusowi kilka nowych sensacji: o Galilejczykach, którzy ponieśli śmierć za bliżej nie określoną zbrodnię i o nieszczęśnikach, na których zwaliła się wieża w Siloam. Mojżesz zaciekawiony poszedł zobaczyć, co się dzieje z płonącym krzewem, a przynoszący takie wiadomości do Jezusa chcieli z pewnością zobaczyć, jak On na nie zareaguje.

Sensacja – to zaskakująca wiadomość, niezwykłe wydarzenie budzące powszechne zainteresowanie. Sensacje nas intrygują, pociągają. Sprzedaż gazet i oglądalność programów wzrasta, gdy zawierają jakieś sensacje. Czasem ktoś ucieka się do tanich chwytów, mających nieraz posmak skandalu, żeby tylko wywołać zainteresowanie swoją osobą. Niekiedy ta rzeczywistość wkracza także w życie religijne, gdy pojawiają się rzekome objawienia, czy spreparowane cuda, mające jedynie na celu wywołanie taniej sensacji.

Czy Bóg i religia mogą być sensacją? Z pewnością tak. Ale jaką sensacją? Wystarczy nieraz kilka dni, żeby takich sensacji narosło co niemiara: kolejni agenci w Kościele, kapłani porzucający sutannę, ataki na papieża, coś gdzieś wydarzyło się na jakiejś parafii. To taka tania sensacja. Czy rzeczywiście roztrząsanie w nieskończoność takich sensacyjnych spraw daje nam jakąkolwiek duchową strawę? Czy tylko pozwala nam napełnić się tanią sensacją, z której nie ma żadnego duchowego pożytku, prócz kolejnych tysięcy złotówek, wpływających do kieszeni właścicieli gazet i telewizji? Czy o taką sensację chodzi? Co tak naprawdę jest sensacyjnego w Bogu i religii? Jakie sensacje przynosi nam dzisiejsza niedziela Wielkiego Postu?

Pierwszą sensacją jest to, że jak czytamy w Księdze Wyjścia, Bóg objawia człowiekowi, kim jest. Podaje swoje imię Mojżeszowi mówiąc: Jestem, Który Jestem (Wj 3, 14). Nigdy nie zdarzyło się, żeby Bóg określał siebie imieniem. To zwykle człowiek określał swoich bogów: jacy są, kim są, co robią, nadawał im imiona. Tutaj sam Bóg mówi, kim jest. Jakie jest imię Boga. Ta odpowiedź jest czymś więcej niż tylko potwierdzeniem, że Bóg istnieje. Najpierw mówi więc Bóg: Jestem, Który Jestem – to znaczy: Jestem Bogiem żywym, Bogiem prawdziwym, który naprawdę JEST. Inaczej niż bogowie pogańscy. Oni – to srebro i złoto, dzieło rąk ludzkich. Mają usta, ale nie mówią; mają oczy, ale nie widzą; mają uszy ale nie słyszą i nie ma oddechu w ich ustach (Ps 135, 15-17). Poza Mną nie ma innego Boga (Iz 45, 5). Jestem, Który Jestem, to znaczy także: Jestem Bogiem, który JEST obecny, który jest z wami, tak jak byłem z waszymi przodkami. Jestem Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka, Bogiem Jakuba. Jak im przychodziłem z pomocą, tak będę i wam. Zawsze Jestem przy swoim ludzie, by go ratować, by go zbawiać. Nie jest przypadkiem, że imię „Jezus” znaczy: „Jahwe zbawia”, że Emmanuel znaczy: „Bóg z nami”.

Jestem, Który Jestem – to również Bóg, który nie zna odmiany. Niebo i ziemia przeminą, Ty zaś pozostaniesz. I całe one jak szata się zestarzeją. Ty zaś jesteś zawsze ten sam i lata Twoje nie mają końca (por. Ps 102, 27-28) To Imię Boga, który jest niezmienny i który stanowi wśród zmienności świata jedyny punkt stały i niewzruszony. To jedyne oparcie dla ludzi, jedyna opoka i jedyna ostoja. Bóg Jahwe jest więc Bogiem Jedynym, któremu można zawierzyć i zaufać, bo nie doznając odmiany, zawsze będzie Bogiem wiernym sobie i swoim obietnicom. Bóg więc jest. Jest wciąż obecny. Bez ani jednej chwili nieobecności. A skoro jest – to i działa. Taki Bóg wkroczył w życie Mojżesza i jego narodu. Mówi do Mojżesza: Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie i nasłuchałem się narzekań jego na ciemiężców, znam więc jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyrwać z ręki Egiptu i wyprowadzić z tej ziemi do ziemi żyznej i przestronnej, do ziemi, która opływa w mleko i miód (Wj 3, 7-8). I to, co zapowiedział – uczynił.

I druga sensacja naszego duchowego życia. Bóg wkracza jeszcze raz w życie człowieka na ziemi. To również jest wejście w tym czasie, gdy człowiek żył w niewoli, tym razem grzechu. Jeszcze raz Bóg mówi: Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego i nasłuchałem się jego narzekań. Znam jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyprowadzić z tej ziemi do ziemi żyznej i przestronnej, do ziemi, która opływa w mleko i miód. Przyjście Syna Bożego na świat i dokonane przez niego dzieło odkupienia człowieka, to największa sensacja ludzkości. Bóg jeszcze raz udowadnia, że jest Bogiem Jahwe i Jego Imię – to znaczy Jego tożsamość: oznacza: Jestem, Który Jestem”. Jeszcze raz pokazuje, że jest Bogiem żywym, Bogiem prawdziwym, że jest Bogiem, który JEST obecny, który jest z nami, że zawsze jest przy swoim ludzie, by go ratować i by go zbawiać. I nie ma innej możliwości, bo inaczej Bóg musiałby zaprzeczyć swojemu Imieniu.

Najbardziej sensacyjne jest więc to działanie Boga, które przeżywamy w tym czasie Wielkiego Postu, przygotowując się na przeżywanie największych tajemnic naszej wiary. Jeśli rzeczywiście uwierzymy w to, co Bóg uczynił dla człowieka i uświadomimy sobie, co tak naprawdę wydarzyło się na świecie, gdy Bóg postanowił wkroczyć w dzieje ludzkości przez swojego Syna, zobaczymy, że nie ma bardziej sensacyjnego wydarzenia, które by miało taki wpływ na dzieje świata i człowieka.

To, że Bóg jest z nami, nie jest tanią sensacją. To, że Bóg posłał swojego Syna, aby nas zbawił, to nie jedna z wielu ciekawostek. To, że Syn Boży za moje grzechy poniósł śmierć – to nie jeden z wielu newsów, który jutro przestanie być ważny. Tymi akurat sensacjami trzeba się przejąć. Trzeba zobaczyć, jak konieczne jest to, żeby odkryć troskę Boga o mnie, także w tym czasie Wielkiego Postu.

Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie (Łk 13, 5). To słowa dzisiejszej Ewangelii. Dziś ten fragment o zawaleniu się wieży w Siloam usłyszą miliony katolików. Słowa Jezusa się sprawdzą. Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. Czy wierzymy Bogu, że tak może stać się i z nami? I czy się tym przejmujemy? Czy się nawracamy? Bóg nie tyle nas ostrzega, co wyraża troskę. Możemy się Nim przejąć lub nie. To jest już nasza sprawa. Jezus wie jednak, że do tego potrzeba nam czasu, dlatego daje nam jeszcze jedną szansę. Jeszcze na ten rok mnie pozostaw… (por. Łk 13, 8). Ale nie możemy powiedzieć, że nikt nam o tym nie powiedział, że nie wiedzieliśmy, że nikt nie dał nam szansy na nawrócenie i możliwości poprawy. Bo to przecież nie jest nasz pierwszy Wielki Post. A nawrócenie nie jest tylko obowiązkiem chrześcijanina, ale także jest jego prawem. Bóg ciągle daje możliwość każdemu, żeby się nawrócił. Nikogo nie uznaje za bezpowrotnie straconego, mimo że są w życiu sytuacje tak pokomplikowane, że wydaje się, iż są bez wyjścia: uzależnienia, nieporozumienia rodzinne, brak perspektyw. Ale co niemożliwe jest u ludzi, możliwe jest u Boga. Błędem, który popełnia się najczęściej już na samym początku, jest to, kiedy mówi się, że nie da się rady, że to niemożliwe, niech nawracają się ci, którzy są silni wewnętrznie, którzy wiedzą jak to robić, a ze mnie już nic nie będzie. A przecież to Bóg działa w naszym nawróceniu! Bóg ma na imię: Jestem, Który Jestem. To jest Bóg żywy i działający. Bez wiary w Imię Boga nie damy rady uwierzyć też i w to, że On jest z nami, jest, działa i czyni cuda.

Można tu przytoczyć średniowieczną historię, gdy pewien człowiek miał być powieszony na placu miasta, gdyż nie oddał długu. W tym samym czasie przez plac przechodził królewski orszak. Król, wywiedziawszy się o wszystkim, wpłacił większość sumy. Zabrakło jednak pewnej kwoty i kat już zaczął przymierzać się do wykonania wyroku. Wtedy także królowa dołożyła do brakującej sumy swoją ofiarę, to samo uczynili dworzanie. Zebrano w ten sposób prawie całą sumę. Brakowało już tylko grosika. Kat był nieugięty. Wyrok musi być wykonany. Wtedy skazaniec zaczął rozpaczliwie przeszukiwać kieszenie w swoich starych spodniach i znalazł brakującego grosza. W ten sposób został uratowany.

Bóg zrobił dla nas bardzo wiele. Stał się człowiekiem. W swoim Synu poniósł śmierć za nasze grzechy. On jest tym, który faktycznie nas zbawił. Ale jeszcze czeka, abyśmy dołożyli ten brakujący grosik swojego nawrócenia, swojej decyzji. Tylko tyle. Daje nam czas i czeka, licząc że spojrzymy na swoje życie inaczej, że zobaczymy zło naszego postępowania, że zechcemy uderzyć się w piersi, by powiedzieć Bogu, Który Jest, że nam na Nim zależy.

Panie, jeszcze na ten rok nas pozostaw. Może wydamy owoc… Amen.

 

2. Niedziela Wielkiego Postu C (17.03.2019r.)

Pan Jezus w trzecim roku swojej publicznej działalności, wybrał trzech swoich najbliższych uczniów – Piotra, Jakuba i Jana, aby im pokazać siebie – przemienionego na górze Tabor. Chciał umocnić ich wiarę.

Obok przemienionego Jezusa apostołowie zobaczyli dwu wielkich mężów Starego Testamentu: Mojżesza i proroka Eliasza, jak rozmawiali z Nim. Razem z Piotrem, Jakubem i Janem i my jesteśmy wezwani na naszą osobistą górę Tabor, gdzie mamy spotykać się z Jezusem, czyli zjednoczyć się z Bogiem.

Apostołowie przeżyli tak wielkie szczęście spotkania z Nim w blasku chwały Przemienienia, że św. Piotr w uniesieniu zawołał: Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza (Łk 9, 33). Te trzy namioty, to budowane przez nas trzy przybytki, trzy świątynie, w których mamy jednoczyć się z Bogiem, wchodzić z Nim w „komunię”, zespolenie:

  1. świątynia w naszym sercu,
  2. świątynia w naszej rodzinie
  3. świątynia-kościół parafialny.

Zastanówmy się nad tym, czym jest dla nas świątynia i jakie mamy wobec niej obowiązki. Jednakże, abyśmy w tej świątyni mogli doznawać radości spotkania z Bogiem, najpierw musimy Mu zbudować namiot-kościół w naszym sercu i w rodzinie.

1. Kościół w naszym sercu

Na chrzcie świętym, kiedy kapłan polewał nas wodą w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, zamieszkał w nas Bóg w Trójcy Świętej Jedyny. Serce nasze ma być więc świątynią Bożą. Jest nią wtedy, gdy żyjemy w łasce uświęcającej. Serce nasze jest miłe Bogu, jeżeli Go kochamy, jeżeli jesteśmy gotowi spełnić każdą Jego wolę. Zbudować w swoim sercu kościół dla Boga, to znaczy bronić to serce przed grzechem śmiertelnym. Może nam się wydaje, że to zbyt trudne, niemożliwe. Oczywiście, że trudne, ale nie jest niemożliwe. Zwłaszcza, że Bóg wspiera nas swoimi łaskami i daje nam odpowiednie środki do utrzymania w sobie życia Bożego. Możemy się więc ustrzec grzechu ciężkiego, a jeśli nawet upadniemy, to On czeka na nas w sakramencie pojednania. A gdy pojednani z Bogiem modlić się będziemy, to wtedy przyozdobimy w sobie ten Boży przybytek, ten kościół w nas.

2. Kościół w naszej rodzinie

Mamy też obowiązek ciągle budować drugi przybytek Boży, drugi kościół Panu Bogu w naszym domu, w naszej rodzinie. Nasz rodzinny dom, ta mała społeczność, w której żyjemy na co dzień razem z najbliższymi, to ma być kościół Boży, to jest świątynia Pańska. Właśnie w domu rodzinnym po raz pierwszy usłyszeliśmy o Bogu, w nim nauczyliśmy się modlitwy. To był Kościół Domowy i dom nasz nadal ma nim być. W nim powinny panować święte cnoty: zgoda, wzajemne zrozumienie, miłość, pracowitość, ład i porządek. W takim domu mieszka Bóg, z radością w nim przebywa. Dlatego w naszych domach powinien być krzyż, znak naszego zbawienia, Pismo Święte i święte obrazy.

Sąd, bodajże w Legnicy, odebrał prawo do wychowania dziecka matce, absolwentce teologii na KUL-u, którą uznano za „nienormalną”, bo w jej mieszkaniu na stole był krzyż, Pismo Święte, różaniec i ona modliła się wraz dzieckiem. Trzeba było dopiero interwencji programu telewizyjnego „Sprawa dla reportera” Elżbiety Jaworowicz (26.03.2009), by jej oddano dziecko i oczyszczono z zarzutu rzekomej „nienormalności”. Przy tej okazji zaproszeni wybitni goście tego programu przypomnieli, że mamy konstytucyjnie zagwarantowaną wolność religijną i mamy prawo do swobodnego wyznawania naszej wiary, do życia religijnego. Aż się wierzyć nie chce, że w kraju, z którego pochodził Wielki Papież św. Jan Paweł II, po upadku komunizmu, dzieją się takie rzeczy. Komu na tym zależy, aby ośmieszać naszą wiarę, by nowe pokolenia wychowywać bez Boga?

Nie dajmy się zwariować! Nie wstydźmy się naszej wiary! Uczmy nasze dzieci wielkiego szacunku wobec Najświętszego Sakramentu i żywej wiary w obecność Jezusa pod postacią chleba, bo Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie (Mt 10, 32).

3. Kościół – dom Boży

Jest jeszcze jeden dom Boży, jedna świątynia. To właśnie ta, w której się znajdujemy. To przybytek Pański, w którym Bóg zamieszkał realnie, sakramentalnie w tabernakulum. To miejsce Bogu poświęcone, w którym Jezus Chrystus składa się za nas wszystkich w Ofierze Eucharystycznej Ojcu Niebieskiemu, w którym możemy pojednać się z Bogiem przez spowiedź świętą, w którym kiedyś przez chrzest święty staliśmy się dziećmi Bożymi, świątynią, pierwszym kościołem Bożym. Tu przyjęliśmy Pierwszą Komunię, Bierzmowanie, tu zawarliśmy ślub i tu kiedyś chcielibyśmy, aby nas przyniesiono w tej ostatniej drodze na cmentarz, na miejsce oczekiwania naszego zmartwychwstania. Dlatego z wielkim szacunkiem odnośmy się do naszego kościoła, troszczmy się o jego wygląd, estetykę, wyposażenie… Pamiętajmy, że tu mieszka Bóg!

Muzułmanie, wchodząc do swoich świątyń, z szacunku zdejmują obuwie. My nie musimy zdejmować butów, ale przynajmniej dobrze je wycierajmy, aby nie wnosić do kościoła, nieraz pod sam ołtarz, błota czy piasku. Niektórzy siedzą czy stoją jak kibice. Nie otworzą ust by odpowiedzieć – Amen, nie wspominając już o śpiewie. Tak jakby ich tu ktoś siłą przyciągnął i czekają, kiedy to się wreszcie skończy. Przychodzimy przecież do samego Boga! Gdzież więc jest nasza wiara? Gdzie szacunek do Boga, do tego świętego miejsca?

4. Kościół – Lud Boży

Można by, a nawet trzeba powiedzieć o jeszcze jednym Kościele, niewidzialnym, o społeczeństwie ludzi zjednoczonych z Bogiem sakramentem Chrztu, o Kościele Chrystusowym, który jest społecznością wszystkich wiernych. Jeżeli te trzy przybytki (namioty), o których sobie przypomnieliśmy, będziemy każdego dnia budować i przyozdabiać, to wtedy tworzymy najwspanialszy Lud Boży, jesteśmy cząstką Chrystusowego Kościoła. Bo być w Chrystusowym Kościele, to znaczy utrzymywać własne serce w stanie łaski uświęcającej i ozdabiać je cnotami, to znaczy żyć w rodzinie jak najbardziej po Bożemu, aby ona stanowiła prawdziwy Domowy Kościół, to znaczy chętnie tu przychodzić na coniedzielną Mszę Świętą, a jak jest możliwość, to i codziennie, modlić się i troszczyć o ten dom Boży, by kiedyś wejść do Kościoła Triumfującego w niebie na wieki. Amen

 

1. Niedziela Wielkiego Postu (10.03.2019r.)

Pewnej jesieni borsuk wyszykował sobie wygodną norę na zimę. Dobrze zabezpieczył wejście przed nieproszonymi gośćmi. Pewnego dnia odwiedziła go lisica. Kto tam? To ja, lisica. A czego chcesz? Na wsi gadają… Co takiego? – zainteresował się borsuk. A gadają, że pan wyszykował sobie piękne mieszkanie na zimę. Kosztowało to zapewne dużo pracy. No pewnie – odpowiedział zadowolony. A nie można by je zobaczyć? To bym i ja na pana wzór sobie moją norkę urządziła. Proszę bardzo, tylko muszę odsunąć zabezpieczenie. I wziął się do roboty. Potem pokazał mieszkanie gościowi, nie wychodząc z nory. Lisica jeszcze raz pochwaliła i po chwili zapytała: A czy nie mógłby pan wyjść na zewnątrz? Chciałabym je lepiej zobaczyć. Borsuk się zgodził i wyszedł z nory. Lisica głębiej wsadziła głowę i podziwiała pracę gospodarza. W końcu wsunęła się do środka, odwróciła się, szybko zabarykadowała wejście i powiedziała syczącym głosem: A teraz uciekaj! I borsuk został bez mieszkania na zimę. To bajka, ale obrazuje taktykę Szatana. Taktykę, która zaczęła się w raju i będzie istnieć do końca świata.

Już samo nazewnictwo mówi nam wiele o Szatanie. Słowo „Szatan” jest nieprzetłumaczonym słowem hebrajskim, które znaczy „przeciwnik”, a jego odpowiednik diabeł to tłumaczenie greckiego słowa „diabolos”, które znaczy kłamca, wróg lub fałszywy oskarżyciel.

Dzisiejsza Ewangelia jest przestrogą przed złym duchem. Nie po to aby straszyć – ale aby przestrzec. W wierze Kościoła nigdy nie zapomniano o istnieniu Szatana: Mówi o nim katechizm, zarówno ten sprzed wieków, jak i współczesny, ogłoszony przez Jana Pawła II. W modlitwie Kościoła bardzo często powtarza się prośba o uwolnienie spod wpływu i mocy złych duchów. Wreszcie egzorcyzm – czyli rozkaz dawany w imię Boga Szatanowi, by odszedł od człowieka. Egzorcyzm ciągle jest aktualny w duchowym skarbcu Kościoła, którym Kościół się posługuje z dużą ostrożnością.

Kościół nie zapomniał o Szatanie, ale też nigdy nie uczynił z niego ani straszaka, ani pokraki, ani jakiegoś drugiego Boga. Według przekonania Kościoła „Diabeł bowiem i inne złe duchy zostały stworzone przez Boga jako dobre z natury, ale same uczyniły się złymi”. I dalej: „Moc szatana nie jest nieskończona. Jest on tylko stworzeniem. Działa w świecie przez nienawiść do Boga”.

Działania pokus doświadczyło w swoim życiu wielu świętych. Św. Ignacy Loyola opisał w swoich Ćwiczeniach duchowych metody działania szatana, wymieńmy sobie trzy z nich:

  1. Pokusa lubi straszyć, lubi napadać, nękać. Pokusa podobna jest do złego psa, uwiązanego na łańcuchu. Głośno szczeka, ale ugryźć nie może, chyba że sami do niego się zbliżymy. Nie wolno więc z pokusą dyskutować. Zwróćmy uwagę: Jezus na podszepty Szatana odpowiada jednym krótkim zdaniem i to jeszcze z Pisma Świętego. W praktyce oznacza to, aby gdy przyjdzie pokusa, jakieś dręczące myśli, zaraz to odciąć, nie wdawać się w rozmyślanie nad pokusą. Pomocą może też być krótkie wezwanie do Boga, np. Jezu, ratuj, Jezu, zmiłuj się nade mną.
  2. Pokusa lubi działać nierozpoznana, w tajemnicy. Jest podobna do mężczyzny, który uwodzi zamężną kobietę. Prosi on wtedy o dyskrecję, bo wie, że będzie przegrany. Mądra żona winna być szczera przed mężem, by zneutralizować pokusę. Szatan bardzo nie lubi, gdy o pokusach mówi się na spowiedzi, bo spowiednik, obdarzony łaską stanu, może go łatwiej rozpoznać po owocach i skutkach działania. Dlatego nie bójmy się mówić o pokusach zaufanemu człowiekowi, a zwłaszcza na spowiedzi. Pokusa, która została wypowiedziana, staje się słabsza. Również bardzo dobrą praktyką jest posiadanie stałego spowiednika.
  3. Pokusa działa jak nieprzyjaciel oblegający warowny gród. Najpierw obserwuje on zachowanie strażników, potem obchodzi mury, wyszukuje słabe punkty umocnienia i dopiero wtedy atakuje. Jego ulubionym polem kuszenia są podstawowe pragnienia człowieka: mieć, używać, znaczyć. Jest to więc pokusa gonitwy ze pieniądzem, pokusa nieodpowiedzialnej miłości, czy pokusa nadużywania władzy. Skuteczną obroną jest czuwanie nad sobą, posty, jakieś umartwienia. Człowiek, który potrafi pościć, który potrafi się czasem umartwić, staje się mocniejszy.

Każdy jest narażony na ataki Złego. Gorzej, gdyby ich nie było. „Brak prób jest jakby znakiem potępienia wiecznego” – mówi św. Tomasz z Akwinu. Ataki Złego są dobrym znakiem. „Kuszenie jest najpewniejszym znakiem, że jesteśmy na drodze do nieba” – stwierdza św. Jan Vianney. Zwróćcie uwagę: skoro Pan Jezus był kuszony, to cóż dopiero my. Dlatego nie dziwmy się, że pokusy przychodzą.

Ważne, by każdy z nas umiał wykorzystać w walce z pokusami te środki, które są dostępne każdemu wierzącemu w każdej parafii: częste umacnianie się sakramentami, w tym Msza Święta, częste wezwania do Boga w formie aktów strzelistych, lektura Pisma Świętego. Jako ochrzczeni mamy w sobie potężną broń – łaskę Bożą, która w nas jest. Dlatego ufajmy, że będąc blisko naszego Pana, żadna pokusa nas nie zwycięży. Warto również mieć w pamięci słowa św. Jana Bosko: „Kto się modli, pokona z pewnością każdą pokusę, niezależnie od tego, jak silna i zuchwała by była; kto się nie modli, jest bliski niebezpieczeństwa upadku”. Amen.

Środa Popielcowa (06.03.2019r.)

 

Wielki Post wielu kojarzy się z umartwieniem. Natomiast Wielki Post to przede wszystkim czas odkrywania na nowo siebie, czas odkrywania Boga i budowania relacji z Nim. Cisza, umartwienie, modlitwa i jałmużna – są drogą do połączenia siebie z Bogiem.
Gdy dziś czytamy w Ewangelii zachętę ze strony Pana Jezusa, by poszcząc, modląc się i pomagając innym, szukać ukrycia, wydaje się, że te zdania należy zinterpretować jako zachętę do znalezienia czasu w Wielkim Poście dla samego siebie. Oczywiście, pierwsze przesłanie dotyczy tego, byśmy nie modlili się na pokaz, nie dawali jałmużny, licząc na pochwały, byśmy nie pościli po to, by uzyskać dobrą społeczną opinię. Ale za tym oczywistym, jak się wydaje przesłaniem, jest także to kolejne: każdy człowiek potrzebuje czasu dla samego siebie. Każdy potrzebuje przebywać ze sobą samym. Każdy potrzebuje ciszy, by spotkać się ze swoimi myślami.
Oczywiście, w człowieku może też być tendencja, by zagłuszać ciszę wewnętrzną. Ta cisza może być trudna ze względu na współczesne liczne nadajniki informacji. Ta cisza może być trudna ze względu na pracę, na rodzinę, na obowiązki codziennego dnia. Ta cisza może być też redukowana przez ludzi ze względu na to, że nie każdy ma odwagę być ze sobą sam na sam. W ciszy bowiem wychodzą z człowieka zarówno najszlachetniejsze myśli, jak i kwestie, które próbuje on ukryć przed samym sobą. Może być bowiem tak, że człowiek chce ukryć się przed samym sobą, zagłuszyć swoje sumienie, stłumić wewnętrzny głos. Wówczas będzie zagłuszał ciszę i szukał sytuacji, gdy cisza będzie niemożliwa. Ale tak nie można postępować zbyt długo. Człowiek potrzebuje bowiem czasu dla samego siebie i ciszy, by usłyszeć samego siebie. Wielki Post przypomina o tym i daje ku temu okazję. W Wielkim Poście jest czas na ciszę, by spotkać się z sobą samym, ze swymi myślami, ze swoimi wyobrażeniami rzeczywistości, ze swymi pytaniami, „demonami”, lękami i radościami.
Trudno określić, jak wiele ciszy potrzebuje człowiek. Trudno tutaj podać dokładny czas. Trudno określić, ile czasu, w jakich odstępach, w jakich okolicznościach. Ale człowiek potrzebuje czasu dla samego siebie. Ta cisza w Wielkim Poście to modlitwa. Modlitwa to przecież nie tylko mówienie, ale cisza, w której mówi do nas Bóg. I właśnie w ciszy może On mówić do nas samych poprzez nasze myśli. W tej wielkopostnej ciszy Bóg może przypomnieć nam, kim jesteśmy oraz na ile jesteśmy ważni dla Niego. Rozważania wielkopostne, popiół, krzyż, drogi krzyżowe – mówią nam, jak bardzo jesteśmy ważni dla Boga, skoro On stał się człowiekiem i umarł zamiast nas dla naszego zbawienia. W Wielkim Poście możemy odkryć swoją tożsamość – tożsamość chrześcijanina zapoczątkowaną w tajemnicy chrztu.
Wielki Post jest też czasem poznania Boga. W codzienności nawet wierzący mogą utracić z oczu perspektywę Bożą. Wielki Post może pomóc ponownie stanąć przed Bogiem i odkrywać, kim On jest. Gdy będziemy uczestniczyć w Drodze krzyżowej, gdy będziemy śpiewać pieśni pasyjne, uczestniczyć w Gorzkich żalach, całować krzyż, czytać fragmenty z Ewangelii o męce Jezusa – możemy na nowo odkrywać miłość Boga. Szczególnie nabożeństwa męki Pańskiej mogą być pomocne tym spośród nas, którzy „wadzą się z Bogiem”, mają do Niego pretensje, żywią doń złość i żal, zarzucają Mu obojętność na cierpienie, na ból, na niesprawiedliwość. W Wielkim Poście dostrzeżemy, że Bóg cierpi za człowieka i z człowiekiem. Bóg nie jest obojętny na cierpienie, nie trzyma się z daleka od cierpiących, nie odwraca wzroku od ludzkich smutków. Przeciwnie – cierpi wraz z człowiekiem. Bo Bóg kocha człowieka i zależy Mu na bliskości z każdym z nas.
Wydaje się, że czas Wielkiego Postu warto wykorzystać, by odkrywać wciąż na nowo tożsamość Boga. Owszem, być może wielu takie zdanie wydaje się „głosem na pustyni” – to znaczy niewielu to usłyszy. Przecież nie wszyscy przyszli dziś do kościoła na nabożeństwo posypania głów popiołem. Nie wszyscy, szczególnie w wielkich miastach, zachowują post i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych. Nie zmienia to jednak faktu, że większość ludzi pyta się o tożsamość Boga. Nawet ci, którzy w Boga nie wierzą. Nawet ci, którzy zaprzeczają Jego istnieniu. Oni również mówią o Bogu, że nie może istnieć. A często kreują jakąś karykaturę Boga – niesprawiedliwego, bez emocji i empatii, bez współczucia i serca – i twierdzą, że „taki” bóg nie może istnieć. I mają w tej kwestii rację. Nie istnieje bóg, który jest obojętny na cierpienie. Nie istnieje bóg, który nie widzi smutku, łez, lęku, niesprawiedliwości, wykorzystywania jednych przez drugich, nie widzi cierpienia niewinnych, jest obojętny na krzywdę, kłamstwo, cwaniactwo, płacz dzieci. Taki bóg nie istnieje. Istnieje natomiast Bóg, który cierpi z człowiekiem, który umiera, płacze, odczuwa lęk, jest zdradzony przez przyjaciół, jest ofiarą spisku i przemocy, jest ofiarą kłamstwa i układów władzy. Jest tylko taki Bóg, który nie brzydząc się człowiekiem i światem, stał się człowiekiem i poddał się ludzkiemu losowi. Tylko taki Bóg istnieje i jest możliwe spotkać Go w Wielkim Poście.
Poznanie człowieka może prowadzić do relacji. Relacja – prowadzi do pełniejszego poznania osoby, z którą się relacje buduje. Tak też jest z Bogiem. Wielki Post – jako czas odkrywania siebie, jako czas odkrywania Boga, może być czasem rozwoju własnej wiary. Może warto w Wielkim Poście poprzez modlitwę pasyjną „uwolnić się” od tego wszystkiego, co zakłóca ciszę bycia z samym sobą, zakłóca wewnętrzne pytania i emocje, i dać sobie prawo do pytań o samego siebie i o tożsamość Boga. Warto wykorzystać ten czas, by budować relację z Bogiem. Warto uznać, że potrzebuję Boga, a On może mi powiedzieć wiele o mnie samym. Warto uwolnić się od zewnętrznych schematów popkultury, które narzucają spojrzenie na samego siebie i Boga. Warto wykorzystać ten czas, by ponownie spotkać się z samym sobą i Bogiem prawdziwym.

8. Niedziela zwykła rok C (03.03.2019r.)

Drodzy Parafianie! Przed laty pewien pilot, przelatując nad Alaską, był zmuszony z powodu uszkodzenia samolotu użyć spadochronu. Znalazł się na bezludziu. Wokoło śnieg i wielki mróz. Z wielkim trudem wyżłobił w śniegu słowo: „Help – pomocy!”. I to jedno słowo zadecydowało o jego życiu. Znaleziono go po kilku dniach dzięki temu słowu. Słowo ludzkie jest wielką siłą, zarówno mówione jak i pisane. Nie jest to tylko nośnik naszych myśli, uczuć, ale i środek porozumiewania się, zdobywania wiedzy. Słowem można bawić i rozweselać, wychowywać i porywać. Dobre słowo potrafi zamienić wroga w przyjaciela, złoczyńcę w świętego. Słowa pisarzy i poetów wychowywały patriotów, geniuszów. Słowami zwracamy się w modlitwie do Boga i na słowo kapłana sam Chrystus zstępuje na ołtarz.

Żyjemy dziś w potoku słów. Z wypowiedzianych słów mogłaby powstać olbrzymia biblioteka. Ileż z tych tysięcy wypowiedzianych słów jest dobrych, budujących, pożytecznych? „Sprawdzianem człowieka jest jego wypowiedź. Drzewo poznaje się po jego owocach, podobnie serce człowieka po jego rozumnym słowie”. Jak zaznacza autor Księgi Syracha, wypowiedzi człowieka ujawniają jego wartość. Zło i dobro w naszym wewnętrznym nastawieniu do Boga, świata i ludzi są źródłem naszych słów. Im więcej w nas dobra, im bardziej poddajemy się działającej w nas łasce, im większa jest w nas miłość, tym lepiej możemy służyć innym i rozwijać własną osobowość, lepiej owocować. Można wskazać wiele powodów dewaluacji słowa. Główną przyczynę wskazał sam Chrystus: „Bo z obfitości serca mówią jego usta”. Mówiąc inaczej, nasze myśli, nasza postawa duchowa są źródłem słów i ich wartości. Powodem tego kryzysu jest więc nasze serce. Brak miłości prowadzi do złych słów, obmów, plotek i oszczerstw.

Mówiąc źle o innych, czy też słuchając złych mów o innych, czujemy zadowolenie. Zdaje się nam, że jesteśmy lepsi. Wybielamy siebie, zadowolone jest nasze małe „ja”. Wolimy widzieć „źdźbło” w oku drugiego, a nie widzieć belki w swoim oku. Drugim powodem utraty znaczenia słowa jest kryzys prawdy. Słowo zamiast służyć prawdzie, służy zakłamaniu. Kłamią dziś nie tylko dzieci, ale i starsi, kłamią reklamy, pisma, ludzie. Jeszcze innym powodem, że słowo nie posiada należytej wartości, jest nieumiejętność milczenia. Nie lubimy milczeć. Tymczasem w milczeniu rodziły się największe i najlepsze dzieła. W ciszy nocy betlejemskiej – narodził się Chrystus. Nasza osobowość kształtuje się przez refleksję i sztukę pozytywnego myślenia. O czym człowiek myśli, takim jest. Wielkie, dobre, szlachetne myśli, rodzą wielkie i szlachetne czyny, decydują o naszej wartości.

Skarży się młodzież współczesna na brak świadków wiary w Chrystusa, czyli na brak tych, którzy żyją słowem wewnętrznym. Dużo gadających, mało praktykujących, brak modlitwy i cichego utożsamiania się z Chrystusem.

Gdy świat tonie w słowach, szukajmy ludzi, którzy żyją słowem Bożym i identyfikują się z Chrystusem. Podejmijmy dziś z odpowiedzialnością wagę naszych zwyczajnych słów, których tyle wypowiadamy w życiu. Słowa uzewnętrzniają to, czym przepełnione jest wnętrze człowieka. „Nie może dobre drzewo wydawać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców” – powiedział Pan Jezus. To przestroga przed niepowściągliwym wydawaniem sądów o drugich, zwłaszcza przed obłudą. Jeszcze dobitniej powie nasz Zbawiciel: „Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło”. Dobre i złe myśli, dobre i złe zachowania, dobre i złe czyny, dobre i złe słowa znajdują się wewnątrz człowieka. Gdy słyszymy ciągle – szum informacyjny, bo już się nie mówi tylko krzyczy i wrzeszczy przez niezwykle rozwinięte media, to jak usłyszeć siebie i wiedzieć, dokąd iść? Jedynie słowo Chrystusa, które prowadzi nas do naszego serca, może nam pomóc. Dobroć nasza pochodzi z Jezusa. Tylko od Niego może pochodzić dobro.

Bracia i Siostry! Dlaczego mamy rzesze smutnych młodych katolików i zagubionych dorosłych? Bo szuka się szczęścia poza Bogiem. Byłoby mniej problemów życiowych, gdybyśmy bardziej zaufali Jezusowi i Jemu byli wierni. Gdybyśmy – nie odkładali szukania Jezusa na potem. Kto wzgardzi prawem Bożym za młodu, często nie odzyskuje głodu Boga w latach późniejszych. Często w docieraniu do słowa wewnętrznego przeszkadza zły przykład innych, zwłaszcza rówieśników. Łatwo wtedy o usprawiedliwianie różnych ludzkich grzechów, zdrady Boga, Bo jak mówią młodzi ludzie – „bo tak się dzisiaj żyje, taka jest moda”.

Zatem, zanim powiesz, zastanów się; zastanów się, zanim skrytykujesz; dobrze zbadaj, zanim wydasz swój sąd; pomyśl: kto mówi, co mówi i dlaczego tak mówi; zapomnij urazę, zanim zaczniesz pacierz. Zważaj na słowa, które płyną z twego serca. Amen.